Tajlandia – Bangkok i okolice

This slideshow requires JavaScript.

Zanim pojechaliśmy do Tajlandii próbowałem wyobrazić sobie jaki to kraj i ludzie. Poczytałem, pooglądałem zdjęcia, tak aby mieć rozeznanie w tym co mam zobaczyć. Wiadomości przydały się tylko w części, bo rzeczywistość przerosła wyobrażenie. I to nie chodzi o pokazy z udziałem słoni, ani koloryt “Orientu”. Dla mnie to był zupełnie inny świat. Taki, którego dotychczas nie znałem (bo i skąd?). Już na lotnisku w Bangkoku dały się odczuć “opary” tego mistycznego dla nas świata i kultury. Przejazd z lotniska do hotelu dał wstępne wyobrażenie o ruchu ulicznym w którym na pierwszy rzut oka nie ma żadnego składu i ładu. Dla kogo są tam przepisy drogowe na zawsze zostanie dla mnie zagadką. Wszędzie widoczne są tam trzykołowe motory-taksówki zwane “Tuk-tuk” – chyba od charakterystycznego głosu jaki wydają jadąc w takim zgiełku i wrzawie, że nie słychać nawet własnych myśli. To co “rzuca się w oczy”, to duża ilość młodych (i często bardzo ładnych) dziewcząt. Starych ludzi prawie nie widać. Nie wiem czy to z powodu tego, że niewiele osob dożywa tam starości, czy po prostu miejscem dla starszych jest dom. Napewno jest co zwiedzać w samym mieście i okolicy. Na zwiedzenie Temple of Emerald Buddha jeden dzień to zbyt mało czasu. Ten kompleks jest tak wspaniały, że wymaga czasu aby go poznać i napewno nie będzie to czas stracony bezpowrotnie. Obowiązkowo należy pójść na kolację do której dodatkim będą tańce przy dzwiękach muzyki tajlandzkiej w wykonaniu miejscowych artystów. W tych tańcach każdy krok, każdy gest ma swoje znaczenie. Dowiemy się o tym uczestnicząc w tym rytualnym i “obowiązkowym” dla każdego turysty spektaklu. Musimy też pojechać na Floating Market, czyli bazar na wodzie. Jedziemy najpierw autobusem (my wzięliśmy wycieczkę z małą grupą, a więc jechaliśmy małym z przewodnikiem busem), potem przesiadamy się na długie, wąskie, szybkie łodzie tak aby po 45 minutach szaleńczej jazdy (raczej płynięcia) wąskimi kanałami dojechać na miejsce bazaru. Po drodze możemy poobserwować jak żyją miejscowi ludzie. Ponieważ teren jest bagienny, a w czasie pory deszczowej kompletnie zalany, całe wioski, a właściwie domy w tych wioskach, budowane są na dość wysokich palach – 2-3 metry nad poziomem wody (w czasie pory suchej). Ci ludzie kąpią się w tej wodzie, czerpią tę wode do gotowania, myją się w niej, załatwiają tam swoje potrzeby fizjologiczne….. Zapachu rozchodzącego się dookoła nie jestem w stanie opisać (może to i dobrze!). Na bazar przypływają rolnicy i inni “przemysłowcy” z dość odległej nawet okolicy. Kupić tu można wszystko, czyli jak to się mówi w Polsce: mydło i powidło. Jeśli jazda na bazar nie dostarczyła nam odpowiedniej dawki adrenaliny, to napewno bazar jej dostarczy. Co najbardziej utkwiło mi w pamięci z tego bazaru? Owoce mango wielkości dużej papai, tak wspaniałe i pełne słodyczy, że z żadnymi innymi nie da ich się ich porównać. Jadłem mango w różnych tropikalnych miejscach na ziemii, ale smak i zapach tego owocu w Tajlandii “przebija” wszystkie (jak narazie). Wybierając się do Tajlandii musimy pamiętać o tym, że pijemy tam tylko wodę butelkowaną, bo każda inna może okazać się dla nas zabójczą. My kupowaliśmy wodę butelkowaną nawet do mycia zębów, a owoce jedliśmy jedynie takie z których można zdjąć skórke.

 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *